FRAGMENTY:Amor nie strzela na ślepo.
Przygląda się, jak jesteśmy ubrani, patrzy na dyplomy ukończonych szkół i
liczy dokładnie pieniądze w portfelu. Mało romantyczne? Ale prawdziwe.
Zwłaszcza gdy rzecz dotyczy uczuć polskiej klasy średniej na dorobku.
Anita Szarlik
Nie łudźmy się... Dzisiejszy książę nie ożeniłby się z
Kopciuszkiem - do głowy by mu nie przyszło, żeby włożyć pantofelek na
nogę umorusanej wieśniaczki szukającej grochu w popiele. Jeśli ktoś
jeszcze wierzy w bajki, to na pewno nie Tomasz, przystojny 34-latek z
Poznania. Ma własną kancelarię prawniczą, mieszkanie w centrum miasta,
samochód. Jest inteligentny, szarmancki, dowcipny. I sam. Od kilku
miesięcy intensywnie poszukuje dziewczyny, także przez
Internet. - Najpierw wybieram kategorię wiekową 28-33. Z
kobietami w moim wieku lepiej mi się rozmawia - tłumaczy. -
Odrzucam te bez wyższego wykształcenia. Potem patrzę na rubrykę
zainteresowania... - objaśnia swoją strategię. Przez sito nie
przechodzą dziewczyny, które przyznają się do tak banalnego hobby jak
"podróże" czy "moda". Dobrze, gdy kandydatka na żonę Tomasza pochwali się
znajomością jakiejś ambitniejszej książki czy filmu, choćby prozy Bohumila
Hrabala albo filmów Milosza Formana. Wówczas jest szansa, że dojdzie do
wymiany maili. Jeśli dziewczyna jest samodzielna finansowo, ma ciekawą
pracę, interesuje się sytuacją polityczną kraju, zna języki, jest otwarta
na świat, lubi chodzić do klubów - ma szansę spotkać się z Tomkiem.
Pozytywne pierwsze wrażenie to połowa sukcesu w oczach młodego
prawnika.
PRZEBIERAJCIE, AŻ ZNAJDZIECIE
- Czy nie jesteś zbyt wymagający wobec swojej przyszłej
wybranki? - pytam Tomasza. - Dziewczyna musi być z tej samej
bajki, co ja - nie ma wątpliwości właściciel kancelarii. - Z tej
samej półki - precyzuje. - Kiedyś ludzie żyli w określonych
społecznościach i w nich szukali partnerów. W dzisiejszym chaosie trudno
odnaleźć ludzi podobnych do siebie - wzdycha Tomasz. Czy się myli?
Jak uważa prof. Bogdan Wojciszke, psycholog, autor książki "Psychologia
miłości", duża swoboda w wyborze partnera to bardzo świeże zjawisko
i - wbrew powszechnej opinii - rzadkie kulturowo. W tradycyjnych
społecznościach, na przykład w Indiach czy Turcji, do dziś związki
aranżują rodzice lub krewni. I nie szukają daleko. W ukazujących się w
Indiach gazetach aż roi się od ogłoszeń matrymonialnych, w których bardzo
jasno określone jest wykształcenie, zarobki, religia, pochodzenie, kasta.
W Polsce też pojawiają się biura matrymonialne, ale dla wyselekcjonowanej
klienteli. - Głównym kryterium przyjmowania ofert jest status
społeczny i zawodowy kandydata - mówi szef Biura Matrymonialnego
V.I.P. Witold Sułkiewicz.
Panie powinny mieć przynajmniej maturę. Panowie - wyższe
wykształcenie i dobrą sytuację materialną. - Kiedy mężczyźni pytają
mnie, co to właściwie znaczy, odpowiadam wprost: przynajmniej trzy tysiące
złotych na rękę - wyjaśnia Sułkiewicz.
Rys. Anna Bachtin
Więcej w Glamour 11/2004