Polki szukają męża wśród
obcokrajowców. Może być Włoch, Francuz, Belg, Amerykanin czy
Kanadyjczyk. Tak się dobrze składa, że obcokrajowcy chcą mieć za żonę
właśnie Polkę
|
|
|
(c) FEDERICO CAPONI
|
Po
trzydziestce samoocena rośnie, a możliwości maleją. Kobiety, zwłaszcza te
zapracowane, mają problem ze znalezieniem odpowiedniego dla siebie partnera -
mówi Paweł Niemiec z warszawskiego oddziału biura matrymonialnego Duet
|
|
(c) FEDERICO CAPONI
|
|
|
|
Witold Sułkiewicz, właściciel biura
VIP w Warszawie w segregatorze przechowuje 80 ofert ze zdjęciami. Ania
zdążyła już umówić się z Niemcem, ale okazał się za nerwowy. Tymczasem
po ulicach Warszawy chodzi samotny Christofer i na razie nie udaje mu
się znaleźć swojej połowy.
(c) FEDERICO CAPONI
|
|
|
|
|
Niemal połowa klientek Międzynarodowego Biura
Matrymonialnego VIP wśród wymogów stawianych kandydatowi na życiowego
partnera wpisuje "obcokrajowiec". Oddział biura matrymonialnego Duet w
Katowicach wręcz specjalizuje się w zagranicznych ofertach. -
Interesują się nimi kobiety przeważnie z wyższym wykształceniem,
znające języki. I nie chodzi im o pieniądze, jak przed laty, a o inną
niż u Polaków mentalność. Szukają odmiany. Zwykle poprzedni partner był
Polakiem i zawiódł - wyjaśnia Witold Sułkiewicz, właściciel biura VIP w
Warszawie. W grubym segregatorze przechowuje 80 ofert ze zdjęciami
Francuzów, Belgów, Holendrów, Niemców, Włochów, Amerykanów i
Kanadyjczyków. - Tych bez fotografii jest znacznie więcej - wyjaśnia. -
Ci, którzy nie ukrywają swego wizerunku, mają od dwudziestu ośmiu lat
do sześćdziesiątki. Ich zdaniem Polki nie są feministkami, są bardziej
kobiece niż panie w ich krajach, a do tego rodzinne. Ponieważ Polkami
zainteresowani są również Polonusi od lat mieszkający w Stanach i
Kanadzie, biuro VIP ma swój oddział też w USA. Poza tym współpracuje z
zagranicznymi biurami matrymonialnymi.
- Jeśli wzajemne wymogi naszych klientek i klientów są spełnione,
przekazujemy im namiary na siebie. To podstawowa oferta. Organizacja
spotkania, rezerwacja hotelu, przejazdu jest możliwa za dopłatą -
wyjaśnia. Nie wszyscy mogą zostać jego klientami. Żeby się znaleźć w
ofercie biura, trzeba zarabiać powyżej średniej krajowej i mieć co
najmniej średnie wykształcenie. - Inaczej klienci i klientki nie
pasowaliby do siebie - wyjaśnia. Niektórym do znalezienia swojej pary
wystarczy kilka tygodni rozmów telefonicznych i mejli, ale bywa, że z
podjęciem decyzji czekają kilka lat. Zdaniem Witolda Sułkiewicza to w
Polsce korzystanie z usług biur matrymonialnych jest wciąż tematem
tabu. W Japonii 80 procent par kojarzonych jest za ich pośrednictwem. W
krajach Unii Europejskiej - 30 procent. - Ludzie nie mają dziś czasu
umawiać się z kimś, kto nie odpowiada ich wymaganiom. A biura
przeprowadzają selekcję potencjalnych partnerów - mówi.
Dla lepszego klimatu
- Trochę jest tak jak w hipermarkecie, ale mi to nie przeszkadza -
śmieje się dwudziestosześcioletnia Ania, urzędniczka, od kilku miesięcy
klientka VIP. Nie lubi tracić czasu, szybko podejmuje decyzje.
Chciałaby poznać obcokrajowca, wyjść za niego za mąż i mieć czwórkę
dzieci. Za pośrednictwem VIP zdążyła już umówić się z Niemcem (okazał
się za nerwowy), wyjechać do RPA do przyszłego narzeczonego (jednak nie
był zdecydowany na stabilizację) oraz nawiązać kontakt mejlowy z
Amerykaninem (ale ktoś wkradł się do jej skrzynki i napisał takiego
mejla, że Amerykanin już więcej nie napisał).
- Wiek nie ma znaczenia - mówi o swych oczekiwaniach co do
przyszłego małżonka. - Najlepiej, żeby był z jakiegoś ciepłego kraju,
bo dość mam już pogody w Polsce. Zresztą, nie tylko pogody. Ludzie są
tu zazdrośni, niemili dla siebie. A faceci po pracy zasiadają przed TV
ze zgrzewką piwa - wyznaje. Jeden taki pomieszkiwał w jej kawalerce,
gdy bywał w Warszawie, ale przepędziła go szybko i romans się skończył.
Sama jeździ konno, chodzi na angielski, dużo pracuje.- Jestem
niezależna finansowo, to prawda. Ale praca dzisiaj jest, a jutro jej
nie ma, a to jednak mężczyzna powinien przede wszystkim zadbać o
utrzymanie rodziny. Polacy są mało przedsiębiorczy, a już w domu nie
robią nic. Moja koleżanka wyszła za Belga, który nie tylko utrzymuje
rodzinę, ale jeszcze po pracy pomaga jej w domu - dodaje. - Po ślubie
tylko jakiś czas zostałabym w domu z dziećmi, ale później chciałabym
pracować. Oczywiście nie tak, żeby praca była całym moim życiem -
tłumaczy.
Z ziemi obcej do Polski
Christhofer miał w Michigan dwie firmy i dom, ale życie go nudziło,
więc przeniósł się do Polski. W Warszawie jest od półtora roku, jak
wielu anglojęzycznych native speakerów uczy w szkole językowej. W
Polsce szuka swojej drugiej połowy. Myśli nawet o zapisaniu się do
biura matrymonialnego. - Ostatnio odwiedziłem rodzinę w Stanach i
utwierdziłem się w przekonaniu, że Polki są atrakcyjniejsze od
Amerykanek. Są zgrabne i bardziej dbają o siebie, no i nie są nudne,
można z nimi rozmawiać o kulturze - wyznaje.
Fred natomiast porzucił dla Agaty ciepły klimat wyspy Kay West na
Florydzie. Był menedżerem w restauracji. Agata wraz z przyjaciółmi ze
studiów szukała pracy w ramach programu Work & Travel. Zatrudnił
całą szóstkę.
-Wyglądali na zdesperowanych -wspomina w nowym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie.
- I najlepiej pracowaliśmy - przerywa mu Agata. -Ale kłamaliście, że
zostajecie na rok - z oczu Freda w uśmiechu robią się dwie kreseczki.
Urodził się na Tajwanie, a od drugiego roku życia mieszkał w USA, w
Atlancie.
- Po zerwaniu z dziewczyną, z którą byłem wiele lat, przeniosłem się
na Kay West. Chciałem być bad boy, ale poznałem Agatę i nic z tego nie
wyszło - żartuje, czule patrząc na żonę.
Kiedy pierwszy raz przyjechał do Białej Podlaskiej - rodzinnego
miasta Agaty - sąsiedzi stali w oknach, żeby zobaczyć chińskiego
chłopaka z Ameryki. Dziś, trzy lata po ślubie, oswoili się.
- Kiedy wyjechał po pierwszej swojej wizycie w Polsce, nic mi nie
szło. Wzięłam więc dziekankę i pojechałam do niego. Po pół roku
pobraliśmy się i przyjechaliśmy do Polski, żebym mogła skończyć SGH -
tłumaczy Agata.
Przeprowadzka zdziwiła siostry i rodziców Freda, którzy jednak po
przyjeździe do Polski w odwiedziny stwierdzili, że nie jest tu tak źle,
jak sobie wyobrażali.
- Pewnie że w Stanach mielibyśmy większe perspektywy zawodowe i
byłoby nam łatwiej. Ale dla mnie rozstanie z rodziną byłoby zbyt trudne
- wyznaje Agata. Z chęcią opowiada o początkach znajomości z Fredem. -
Amerykanie potrafią zorganizować randkę, na której dziewczyna czuje się
księżniczką. Przede wszystkim mają inicjatywę. Jak im się dziewczyna
podoba, to zagadują, umawiają się. Nie czekają miesiącami nie wiadomo
na co, jak Polacy - opowiada. - Fred na przykład tak ustawił pracę,
żebyśmy mieli wolne w ten sam dzień. Po pracy spytał, czy wybierzemy
się jutro coś zjeść. Myślałam, że to zwykłe wyjście ze znajomym. A on
zaprosił mnie do najlepszej restauracji na wyspie, a później w rejs
jachtem na oglądanie gwiazd. No i już nie miałam wątpliwości, że to
randka - wspomina. - Polacy są niezaradni. Miałam kolegę, któremu się
podobałam, ale nigdy nie zaproponował spotkania - kończy.
Polki nie są nudne
-Po trzydziestce samoocena rośnie, a możliwości maleją. Kobiety,
zwłaszcza te zapracowane, nastawione na karierę zawodową, mają problem
ze znalezieniem odpowiedniego dla siebie partnera - mówi Paweł Niemiec
z warszawskiego oddziału biura matrymonialnego Duet.
- Nie znam żadnego wolnego faceta w moim wieku. Mężczyźni nawet jak
się rozwodzą, to z reguły już kogoś mają. Na Zachodzie jest więcej
singli, ludzie nie dążą tak bardzo do stabilizacji, a mężczyźni nawet
około pięćdziesiątki są zadbani i pozostają młodzi duchem. W Polsce ich
równolatkowie są już zmęczeni życiem i niewiele im się chce - ocenia
trzydziestotrzyletnia Anna Harasimowicz, tłumaczka i właścicielka firmy
w Poznaniu. Sześć lat temu rozwiodła się z Niemcem. - Do Niemców się
trochę zraziłam, ale do obcokrajowców nie. W Niemczech źle się czułam,
mimo że tam studiowałam i miałam znajomych. Brakowało mi
spontaniczności i luzu. Doprowadzało mnie do szału, że ludzie zwracają
się do mnie po nazwisku i wszystko musi być zorganizowane. Że nie można
po prostu zadzwonić i umówić się do kina na wieczór. Trzeba zadzwonić
trzy tygodnie wcześniej - opowiada. - Poza tym to obie strony muszą
chcieć poznać kulturę partnera. Mój mąż tej ciekawości nie miał. A dla
mnie znajomość z obcokrajowcem to świetna okazja do poznania jego
języka, mentalności czy nawet przepisu na nowe danie - tłumaczy.
Obecnie spotyka się, a raczej podróżuje z Irlandczykiem. Jak mówi, dla
mężczyzn z Zachodu kobieta po trzydziestce, która nie ma rodziny, nie
jest zjawiskiem nie z tej ziemi. -W Polsce nie toleruje się
wszystkiego, co nie jest standardem. Nie podoba się, że podróżuję po
Azji, że jestem singlem, że nie wiem, czy chcę mieć dzieci, nawet i to,
że mam firmę. Słyszałam, że Polacy się mnie boją, bo za dobrze sobie
radzę - dodaje.
Niespełna trzydziestoletnia pielęgniarka z Polski od czterech
miesięcy mieszka we Włoszech. Zna włoski, angielski, francuski. Do
skorzystania z ofert biura VIP namówiła ją koleżanka, która za jego
pośrednictwem poznała swego męża Szwajcara. - Spróbuję. Nie zamierzam
wracać do Polski. Miałam narzeczonego Polaka i na pewno nie chciałabym
mieć następnego. Nasi panowie mają duże wymagania, a nic nie oferują w
zamian. Jeśli porównać ich z mężczyznami z innych krajów, wypadają
blado i to pod każdym względem. Większość Polek, które przyjeżdżają do
Włoch na dłużej niż trzy miesiące, do Polski już nie wraca. Zostawiają
w kraju polskich narzeczonych, znajdują nowych, włoskich. Koleżanka ma
narzeczonego Włocha, który po całym dniu pracy w domu zabiera się do
gotowania, bo to lubi. Mimo że ona jeszcze nie pracuje. Ale we Włoszech
mąż jej tego nie wypomni. W Polsce, zwłaszcza w Warszawie, dziewczyna
jest pod ciągłą presją: musi świetnie wyglądać, aby kogoś poznać lub
związek utrzymać - opowiada. Ma nadzieję, że już niedługo nie będzie
sama. Koresponduje z Francuzem poznanym przez biuro. - To bardzo
inteligentny człowiek. Znam francuski, więc z przeniesieniem się i
pracą nie będę miała problemu - kończy.
Ewelina Jaworska
|